. . .
Link 21.09.2011 :: 16:58 Komentuj (0)
Wyobraźmy sobie społeczeństwo, w którym narkotyki są w legalnym obrocie, są reklamowane w mediach, producenci są cenionymi biznesmenami, można je kupić w supermarkecie po okazaniu dowodu osobistego i spokojnie skonsumować w domowym zaciszu.
Otóż obecnie żyjemy właśnie w takim społeczeństwie. Dotyczy to jednak jedynie popularnych narkotyków, takich jak alkohol (etanol) i papierosy (nikotyna). Osoba zażywająca substancje psychoaktywne zasadniczo wpływa tylko na siebie, a w myśl liberalnej zasady „chcącemu nie dzieje się krzywda” winna mieć pozwolenie na zażywanie dowolnych środków.
Większość społeczeństwa korzysta z tego prawa, od czasu do czasu zmieniając swą świadomość alkoholem. Ale ta większość nie chce uszanować wolności narkotykowej mniejszości, którą uznaje za moralnie złą. Sytuacja ludzi zażywających niszowe substancje przypomina dawną sytuację prześladowanych mniejszości seksualnych czy religijnych. Debatujące w mainstreamowych mediach autorytety milcząco przyjmują słuszność delegalizacji, traktują użytkowników jako przestępców lub ofiary, zamiast jako zwykłych ludzi. Celebryci wspominając imprezy z uśmieszkiem opowiadają o piciu, mówiąc, że alkohol jest dopuszczalny, ale trzeba go zażywać z głową.
Dlaczego na taki rozsądek nie można by sobie pozwolić przy innych narkotykach? Popularni politycy starają się mówić to, co spodoba się przeciętnemu wyborcy. Mówią więc bzdury. Przeciętny Polak nie uznaje alkoholu za narkotyk, a o każdym innym narkotyku myśli, że działa niczym złowroga heroina. Świadomość takiego wyborcy to niestety siedlisko narkotykowej hipokryzji i zabobonów. Alkoholowe libacje są tematem do dowcipnych rozmów, „zerwane filmy” i kac wręcz tematem do dumy, podczas gdy to typowe objawy przedawkowania narkotyku.
Osoba okazjonalnie palące niewinną marihuanę z pogardą uznawana jest za ćpuna. Prohibicja alkoholu, podobnie jak każdego innego narkotyku, ostatecznie doprowadziła w USA do wzrostu spożycia, wzrostu liczby uzależnionych, spadku jakości i rozkwitu struktur mafijnych zajmujących się dostarczeniem produktu na rynek. Mało kto wie, że wiele narkotyków jest mniej szkodliwa od alkoholu. Psychodelików takich jak marihuana czy LSD praktycznie nie sposób przedawkować, nie powodują też uzależnienia fizycznego.
Amfetamina, nawet po uwzględnieniu mniejszej liczby użytkowników, powoduje mniej zgonów od alkoholu. Zwolennicy prohibicji szermują hasłem ochrony dzieci, ale po pierwsze „diler nie spyta o dowód”, a po drugie niektóre pociechy niemające odpowiednich kontaktów i tak będą się odurzać, tylko znacznie mniej bezpiecznymi substancjami (klej, bieluń, aviomarin, acodin). Jakiś odsetek społeczeństwa zawsze coś zażywał, możemy albo ich prześladować, czyniąc z ich życia koszmar, albo pozwolić im żyć swoim życiem. Za delegalizacją stoi irracjonalny strach i błędy w rozumowaniu. Zupełni ignoranci przyjmują nawet, że po legalizacji ćpać będzie się masowo, społeczeństwo upadnie bo nikt nie będzie pracował, a większość przedawkuje i poumiera. Oczywiście to wierutna bzdura – jakoś dajemy sobie radę z alkoholem, a inne narkotyki mają czarną legendę więc większość będzie je omijała.
Jak pokazują przykłady Holandii czy Portugalii liberalizacja prawa zmniejsza liczbę uzależnionych i szkody społeczne. Okazjonalnie zażywając miękkie narkotyki (konopie) czy nawet twarde (alkohol, kokaina), można prowadzić udane życie. Osoby uzależnione, mające realny problem, stanowią mniejszość wśród użytkowników narkotyków (zwłaszcza miękkich). Na pewno nie pomagamy użytkownikom zmuszając do kupna droższego, „chrzczonego” towaru oraz wsadzając do więzień. Narkotykowy diabeł nie jest taki straszny jak go malują, więc nonsensem jest gwałcenie swobód obywatelskich w tym przypadku. Czy wobec skrajnej ignorancji większości możliwe jest poprawienie sytuacji narkotykowych mniejszości? Walka o prawa innych mniejszości karanych niegdyś za osobiste wybory (innowierców czy homoseksualistów) pokazuje, że zmiana sytuacji nawet najbardziej poszkodowanych jest możliwa.
PANIKA - co jest z tym... swiatem?
Link 04.05.2011 :: 16:51 Komentuj (0)






z umysłu ćpuna
Link 04.05.2011 :: 03:01 Komentuj (0)

Korni po jakiś 20 minutach oderwania od rzeczywistości stwierdził, że dojeżdżamy do domku Albana co dało mi przeświadczenie o jego powrocie do normalnego postrzegania świata zewnętrznego. Po co mu to było? Po co na chwilę zmieniać swoją percepcję? Czy tylko dla chwili omamów wzrokowych, halucynacji? Niektórzy twierdzą, że rozszerzają swoje horyzonty przez takie doświadczenia, ale czy to jest bezpieczne dla naszego umysłu? Przecież umysł cały czas się uczy, nieustannie weryfikuje rzeczywistość, aby coraz lepiej ją zrozumieć. Jeżeli w którymś momencie życia rzeczywistość malująca się przed naszą jaźnią staje się wykrzywionym obrazem naszych skrytych i często chorych podświadomych myśli może to uzewnętrznić nasze niepożądane cechy lub gdyby takie sytuacje się powtarzały narkotyk może nas stymulować, aż do zmian naszej świadomości o sobie a nawet naszego zachowania. Pytanie tylko czy będą to zmiany na lepsze czy gorsze a niestety nigdy nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Co to gówno robi mi z mózgu?
Po kamienistej polnej drodze wtoczyliśmy się na posiadłość Dr.Albana. Całe podwórko wyścielał równo skoszony trawnik, teren był ogrodzony ceglanym murkiem pod którym dookoła rosły drzewa. Chyba jakieś owocowe, jednak dziś można było na nich dostrzec jedynie kwiaty. Na środku stał duży, murowany, dwukondygnacyjny dom z zieloną dachówką. Przed drzwiami wejściowymi rozpościerała się drewniana, zadaszona weranda z dużym stolikiem i ławami na 6 osób. Wszystko to oczywiście własność państwa Kotowskich - rodziców Albana, którzy z głową pełną codziennych spraw siedzieli teraz przed telewizorem własnego mieszkania na jednym z lubelskich osiedli z wielkiej betonowej płyty. Na werandzie przed domkiem siedziały trzy znajome ryje: Bajzel, Dżejkop i Alban we własnej osobie próbując rozpalić grila. Nie lubię takich typowych opisów, gdyż psuje to swobodę odbioru tekstu przez czytelnika, który i tak każdą postać widzi inaczej, jednak zrobię wyjątek i pokrótce opiszę te trzy znamienite osobistości. Bajzel to bardzo nietypowy człowiek, jest jedynym w swoim rodzaju „oblatanym skurwysynem” Ma znajomych w każdej branży w całym mieście i na jego obwodzie. Nie ma miejsca gdzie by nie pracował lub nie organizował jakiejś imprezy. W wolnych chwilach gra koncerty jako DJ, nie mówmy tu o zarobkach bo to jest jego pasja. Kolejny człowiek po Kornim, który robi to co kocha i nie przejmuje się niczym. Z wyglądu jest to człowiek postury szerszej i wcale nie jest niski, ma 25 lat. Kasztanowe włosy średniej długości i krótka bródka zdobią jego twarz, która podoba się kobietą ze względu na jego niebiesko-zielone oczy. A Bajzel wcale próżnym człowiekiem nie jest, jego wszedobylność skazała go na poznanie wielu uroczych dam, kuszony przez nie musiał ulec. Choć było też kilka, które pokochał, choć ciężko to ocenić ze względu na fakt, że Bajzel zakochuje się średnio 2 razy w tygodniu. Dżejkop nasz człowiek w mafii – tak się śmiejemy, ale nie wiadomo w sumie. Ma dzianych starych, mieszka w domku za miastem. Rodzice mają dwa BMW i Mercedesa. Ojciec lubi sobie cygarko zapalić, nosi wielkiego złotego blingblinga i jest w porządku, tylko nigdy nie chce rozmawiać o pracy. Dżejkop jest średniej postury, raczej dobrze zbudowany, ma pociągłą twarz z lekko przepitymi oczami i nosem jakby walił kreski od dzieciństwa, choć jest to złudne wrażenie. W rzeczywistości woli napić się rudej Gorzkiej Żołądkowej lub po prostu browara i zapalić skuna. Jest typem żartownisia, często nabijaja się z utartych stereotypów i schematów, przedrzeźniając je lub naśladując w zabawny sposób, tak że ktoś nie znający go mógłby pomyśleć że jest pozerem. Alban jest z nich wszystkich najbarwniejszą postacią. Jego szczupła budowa ciała to tylko pozory bo pod koszulką skrywa dobrze wyrobione mięśnie przez kilka wcześniejszych lat ćwiczeń. Chociaż ksywkę przejął po mało popularnym DJ, jednak z muzyką techno ma niewiele wspólnego (poza tym, że czasem lubi posłuchać elektro) woli pisać teksty hip-hopowe i niektóre nawija pod moje bity, jednak te nagrywki nie wychodzą poza wąskie grono znajomych. Jako jedyny w obecnym czasie cieszy się wspaniałą dziewczyną Alicją, z która ma 6-cio miesięcznego synka. Pracuje w biurze rachunkowym i dorabia projektując oprawy graficzne stron internetowych, dzięki czemu nie grozi mu żywot mnicha – jak sam mówi. NHPF – najpierw hajs potem foki to jego dewiza życiowa, znaczy to była jego dewiza życiowa zanim poznał Alicję. Ta dziewczyna diametralnie zmieniła jego życie, pokochał ją, na serio ją pokochał choć nie mogłem w to uwierzyć. Gdyby dobre dziewczyny wiedziały jak wiele mogą zmienić w facecie, którego sobie wybiorą i na którym zacznie im zależeć świat byłby piękniejszy. Szkoda, że większość z nich przekreśla faceta jak dowie się o jego złych cechach a nie bierze pod uwagę, że dla prawdziwej miłości można się stać innym człowiekiem i to nie na 5 minut, ale tak jak w przypadku Albana już dobre trzy lata i nie zapowiada się na come back do poprzedniego życia, choć wiadomo naleciałości pozostały, jednak Alicja skutecznie nad nimi pracuje. Podziwiam tą dziewczynę, jest marzeniem nie jednego faceta a teraz odnajduje się w roli wymarzonej matki.
Tak zróżnicowane charaktery tkwiące w tak odmiennych personach mogą nasuwać pytanie: co sprawiło, że znalazły się razem w jednym miejscu. Odpowiedź może dziwić lub być trywialna w zależności od osoby na ten fakt spoglądającej a mianowicie: dragi – tak upodobanie w używkach każdej z tych osób sprawiło, że teraz siedzą razem, śmieją się, rozmawiają, dzielą swoim życiem, problemami, radościami. W gruncie rzeczy nawet mnie to dziwi, że ludzie wyrwani z zupełnie innych światów stali się przyjaciółmi przez narkotyki. Gdyby narkotyki były celem na pewno nie stalibyśmy się nimi, jednak one nie były celem tylko środkiem. Naprawdę, chyba to słowo nie jest za mocne – staliśmy się przyjaciółmi a jak bardzo mocnymi okażę się w najbliższym czasie.

- Siema wariaty! – Krzyknęliśmy jeden przez drugiego razem z Kornim
- Siemandero, elo h 3 5 0 – brzmiały odpowiedzi
- Nooo tata, udało Ci się wreszcie rozpalić tego grila – słyszeliśmy głos Bajzela wysiadając z samochodu
- ooo jakaś nowa koleżanka – Krzyknął Dżejkop kiedy Sylwia stanęła na równe nogi
- Tak, to jest Sylwia. Sylwia poznaj moich kolegów, to jest Bajzel, Dżejkop i ten co dmucha w grila to Dr.Alban – po chwili siedzieliśmy już przy drewnianym stole na werandzie.
- Jest Alicja? – zapytałem Dr.Albana
- Nie, no co Ty, w domu małego pilnuje, poza tym wiesz..
- Wiem, wiem – odpowiedziałem z uśmiechem wyjmując dużą torbę jarania z majtek. Sylwia spojrzała trochę dziwnie, ale pozostali dobrze wiedzieli o co chodzi.
- Niestety policja nas prześladuje, jak nie przestaną zaczniemy ich zabijać – mruknąłem w stronę Sylwii. Zmieszała się trochę.
- O ty wariacie, nie mówiłeś, że jesteś tak dobrze zaopatrzony, co Ty znowu zacząłeś działać?
– zapytał Korni.
- Może tak, może nie. Skąd ma brać pieniądze biedny student? – odpowiedziałem. Jakoś nie chciałem, żeby Sylwia wiedziała, że handluje trawą, chłopaki i tak już od dłuższego czasu się domyślali, że wróciłem do tego.
- Lepiej skręć ze dwa jointy – powiedziałem do Korniego rzucając torbę materiału na stół.
- Nie mam bletek – no tak zapomniałem, że ten człowiek upodobał sobie palenie z lufki.
- Ja mam, ostatnio jak grałem na Ukrainie dał mi je jakiś kolo w dredach, twierdził że są pobłogosławione przez kapłana Jah – odezwał się Bajzel podając czerwono-zielono-żółte opakowanie bibułek Korniemu.
- To Rastafari mają swoich kapłanów? – zdziwiłem się
- Ja tam nie wiem, ale bletki na oko nie różnią się niczym od OCB - odpowiedział
- będziem żyć – powiedział Korni zwijając już filterek do skręta
Gastrofaza zaczynała już dawać mi się we znaki. Dr. Alban oderwał się od grila, w tym momencie spostrzegłem, że nastawił już na niego karczek i kiełbaski i z ucieszoną gębą powiedział:
- Bajzel wyjmuj te adaptery z samochodu, czas zacząć impreze.
Jointy poszły w obieg, Bajzel podłączył sprzęt i stanął za konsoletą racząc nas setem house-elektro przerywanym rapowymi smaczkami. Alban postawił na stół shishe z dumnym uśmiechem patrząc na mnie. Wiedział, że jestem w posiadaniu tego co do niej się wkłada, tak wypaliliśmy prawie 25 gramów, popijając browary, śmiejąc się ze wszystkiego, gadając o pierdołach i luzując się na łonie natury w ostatni dzień kwietnia. Sylwia stała się atrakcją tego wieczoru a zainteresowanie wzrosło jak męskie grono dowiedziało się, że studiuje na dwóch kierunkach psychologię i prawo. Rzucanym przez nas koncepcjom jej przyszłości nie było końca: Dżejkop twierdził, że chce zostać detektywem, Korni uważał, że nie chce narzekać na nudę lub po prostu lubi się uczyć a ja uparcie przekonywałem, że zapewne chce zrozumieć Polskie prawo, ale do tego niestety nawet studia nie wystarczą, więc Bajzel stwierdził, że będzie dobrym sędziom wgłębiającym się w psychikę oskarżonych i na jej rozprawach nie będzie wydawanych bzdurnych wyroków a sprawy za narkotyki będą umarzane. Jednak zdaniem Sylwii, które zapewne było jedynym słusznym po prostu lubi te dwie dziedziny i nie wiedziała na którą się zdecydować, więc ciągnie obydwie. No tak kobiety.. daj im dwie alternatywy wyboru to będą się zastanawiać aż któraś pierwsza do nich przyjdzie a co jeśli żadna nie przyjdzie? Ciekawe czy z facetami też tak ma? – moje myśli zawsze muszą analizować całą sytuacje i choćby była nie wiem jak prosta to analiza jest niezbędna a może w tym wypadku to ocena a nie analiza? Dlaczego te narkotyki są jakie są? Zresztą nieważne...
Koniki polne zaczęły swój nocny koncert, gwiazdy świeciły wyraziście oświetlając spokojną, bezwietrzną noc, którą zakłócały tylko nasze głośne rozmowy i gromkie śmiechy. Była chyba trzecia w nocy kiedy poszedłem do samochodu po wódkę. Euforia wywołana tym faktem cieszyła mnie niezmiernie, każdy myślał, że to koniec imprezy i zaraz pokładziemy się spać a okazało się, że jeszcze ponad godzinę siedzieliśmy nad kieliszkami rozprawiając coraz leniwiej co będziemy jutro robić, przecież jutro zaczyna się weekend majowy, więc należałoby go spędzić wyjątkowo, zaplanowaliśmy wyjście na plażę, ale jeszcze nie wiedzieliśmy jak bardzo wyjątkowy będzie tegoroczny długi weekend.
Rano wstaliśmy ociężale, może nie było to rano, ale ja na pewno wolałbym jeszcze pospać kilka godzin, jednak muzyka włączona na full przez Bajzela nie pozwoliła by zasnąć nieboszczykowi, więc z trudem stargałem się z łóżka na którym leżeli jeszcze Dżejkop i Sylwia. O kurna, to spaliśmy we trójkę, dobrze wiedzieć.. Chyba było bez większych ekscesów bo każde z nas miało na sobie spodnie, zresztą co to za różnica. Napieprzał mnie baniak, jedyne co mi się marzyło to gruby lolek na poprawę samopoczucia. Na szczęście zostało mi trochę skuna, więc skręciłem porządnego batata i ruszyłem z nim schodami w dół bo jak się okazało spaliśmy na piętrze. Na dole zastałem Bajzela grającego swoje ulubione kawałki z roześmianym ryjem, który wydał mi się w tym momencie nie na miejscu.
- Co Ty kurwa litości nie masz? Jest 10 rano a Ty napierdalasz tą muzyką jakby to był klub! – trochę żartobliwie, ale jednak na serio wypaliłem do niego.
- A to nie jesteśmy w klubie? To co robią tu te wszystkie laseczki? – zdziwiony odparł Bajzel – To dla was gram śliczne panie, wszyscy ręce w górę – dorzucił po chwili
- Ty Korni co Ty mu dałeś? – rzuciłem do zataczającego się ze śmiechu koleżki
- Jaraliście Salwie? No tak wszystko jasne, dawaj mnie tu chmurę bo zwariuje zaraz – sam sobie odpowiedziałem, po czym wydusiłem od Korniego resztę szałwi z której skręciłem kolejnego gibona, paląc go z obydwoma wariatami.
Salvia Divinorum roślina kiedyś zarezerwowana tylko dla szamanów plemiennych i wieszczów dająca im kontakt z światem duchowym, pozwalająca na wgląd w przyszłość i rozmowy z lokalnym bóstwem, do niedawna jeszcze płacono tysiące dolarów za „podróż” pod wpływem tego narkotyku pod opieką szamana a dziś dostępna dla szarego śmiertelnika.
Nie wiem gdzie się znalazłem po chwili. Było tu ciasno i wcale nie czułem się tak kolorowo jak oni, oni? Kto to jest w ogóle? Jeden tnie nożem kawał mięsa na winylu a drugi z gitarą elektryczną rzuca się po pokoju, kto to jest? Kim są ci ludzie w czerni czający się w kątach? Czy w tym wymiarze muzyka musi mieć kolor fioletowy? Co robi tu dziewczyna z nożem w głowie? Chyba ona czerpie życiodajną siłę z tego noża bo jego poświata wydaje się nadawać do zdobycia unikalnych mocy, chyba muszę kiedyś tego spróbować, dziś jeszcze nie jestem na to gotowy.
- Ej chłopaki padnijcie i pięty na głowę, albo chrońcie się według potrzeb – usłyszałem
- mają nas, już po nas, nie wymkniemy się. Musimy się zaryglować - krzyczłem
Doszedłem do siebie leżąc na podłodze owinięty w koc, nade mną stał Korni wykrzykując coś jeszcze nie zrozumiałego dla mnie
- Zwariowałeś? Po co przestawiłeś to biurko na drzwi? Saski z Wormsem przyjechali i nie mogli się do domu dostać – zrozumiałem o co mu chodzi
- Chłopaki coś złego się stało, albo się stanie, byłem w horrorze – wybełkotałem
- Nic złego się nie dzieje, miałeś bad tripa, nie palisz więcej, zresztą i tak już towar się skończył – zza Korniego wyłonił się Dżejkop
- Jak to nie pale? Zaraz skręce sobie jointa, muszę się ogarnąć
- A no jointa to i my z Tobą zajaramy – usłyszałem Saskiego
- Siema chłopaki, co wy tu robicie? – ucieszony, ale zmieszany zawołałem wstając z podłogi
- Słyszeliśmy, że dobra biba się tu kręci, więc wpadliśmy – odpowiedział Worms z bananem na twarzy witając się ze mną.
Saski i Worms... Kolejne odmienne charaktery do kompletu. Co sprawiło, że zawitali tu razem nie byłoby zrozumiałe nawet dla najstarszych Indian, więc pominiemy ten szczegół. Worms uwielbia balety i żadna impreza nie może odbyć się bez niego, więc nic dziwnego, że stoi teraz przede mną, jego największym wyczynem było powstrzymanie się od spożywania alkoholu przez tydzień kuracji antybiotykowej, więc też nic dziwnego, że trzyma w ręce wino. Ponad wszelkie inne używki uwielbia alkohol, jednak nie można go nazwać alkoholikiem po rzadko kiedy pije przed 12godziną i choć większość jego melanży kończy się urwanym filmem to nie pije bez okazji, choć jak wiadomo okazja zawsze się znajdzie. Chłopak uwielbia kluby, skąd nie może wyjść bez poderwania choćby jednej dziewczyny, ale kiedy jest okazja napić się z chłopakami nie może jej przepuścić. Jeśli chodzi o wygląd to wysoki, szczupły chłopak z krótkimi ciemnymi włosami. Natomiast Saski trochę od niego niższy z dłuższymi, kręconymi włosami zakrywającymi uszy o średniej budowie ciała. Jest typem wielokątnego myśliciela, lubi zapalić trawę po czym tworzyć muzykę. Nie ogranicza się przy tym do jednego gatunku. Lubi eksperymentować zarówno w dziedzinie muzyki jak i w życiu. Ma wszechstronne zainteresowania i nie może przegapić okazji poznania czegoś nowego. Każde zdanie czy opinię traktuje indywidualnie i wyciąga daleko idące wnioski, choć zazwyczaj diametralnie różne niż przeciętny człowiek jednak potrafi poukładać stertę rozsypanych informacji w zarys całości i tym sposobem maluje obraz otaczającego go świata. Ma nietuzinkowe spojrzenie na globalną rzeczywistość i niecodzienne wyobrażenie życia i śmierci. Jakkolwiek to rozumiesz drogi czytelniku zapewne i tak nie rozumiesz tego właściwie, więc zostawmy wyjaśnienia na inną okazję a może zrozumiesz o co chodzi w trakcie tego opowiadania.

Nie wiedzieć kiedy wszyscy znaleźli się w pokoju na dole, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mamy tutaj siedmiu chłopa i tylko jedną dziewczynę. Alkoholicy, dilerzy, ćpuny, melanżownicy, poszukiwacze przygód, beztroscy ludzie nie szkodzący nikomu choć odbierani jak bandyci, nie szukający zaczepki, ale często pakujący się w kłopoty, w gruncie rzeczy dobre chłopaki, ale nie każdy tak ich odbierze. Zważywszy na to lepiej jakby Sylwii tu jednak nie było, ale zabierając ją ze sobą miałem trochę inne wyobrażenie o tym wypadzie. Byłem przekonany, że Alban siedzi z Alicją we dwójkę i kiedy przyjedziemy z Kornim i Sylwią sytuacja będzie klarowniejsza. Chyba musimy się zatroszczyć o więcej dziewczyn, ale z drugiej strony nie wiem czy Dr.Alban sobie tego życzy bo impreza nabierze większych rozmiarów. Zresztą co ja kminię, idziemy na plażę... Ręczniki, koc, dmuchany materac, piłka do ręcznej, siatka jedzenia no i gril – z takim wyposażeniem wyszliśmy z domku. Zaszliśmy oczywiście po drodze do sklepu zakupić odpowiednią ilość piwa i obładowani jak karawana podążaliśmy polną drogą w promieniach słońca pierwszego dnia majowego. Korni wziął na ramię bumboxa z którego brzmiała „Muzyka Rozrywkowa” Pezeta. Co myśleli ludzie, których mijaliśmy? Jakie myśli skrywały ich czaszki pod minom ogólnego zniesmaczenia kiedy spoglądali na taką rozkrzyczaną ekipę? Czy to ważne.. Niech myślą co chcą, niech mówią co chcą... „(...)Spójrz na nasze twarze, tu ja i moje ziomy, to nie pieprzony Various Manx, tu masz hip-hop jak na dłoni. Jeszcze nie wiesz o co kaman? To rozejrzyj się i spieprzaj, nie widzisz tu hip-hopu to se idź na techno. Jacyś goście są tu, ale nie mają tego w sobie, tego co my, media znowu są tu, ale nie są gotowe na ten styl, sztuki znowu są tu, ale nie są gotowe na nasz luz, moje ziomki są tu i mają ten hip-hop w sobie, tylko spójrz (...)” Brzmiał kawałek „To nie tylko hit na lato” kiedy naszym oczom ukazała się mała piaszczysta plaża z dwóch stron ograniczona lasem, gęsto wyścielona ręcznikami, parasolami i młodymi ciałami korzystającymi z pięknego słonecznego dnia. W wodzie jakieś dziewczyny odbijały piłkę plażową, jacyś goście na skraju plaży pod lasem paląc jointa coś do nich wołali. Z niewielkiego drewnianego molo skakały jakieś małolaty wygłupiając się później w wodzie. Kilkanaście osób wbiegło do wody kiedy zbliżaliśmy się do plaży. Znaleźliśmy kawałek wolnego miejsca na przeciwnym skraju plaży niż kolesie jarający skręta. Rozłożyliśmy ręczniki częściowo w cieniu drzew a częściowo na słońcu. Saski zaczął dmuchać materac, zapomniał pompki, więc musiał użyć siły płuc. Dżejkop z Bajzelem odbijali już piłkę nad głowami ludzi, po chwili dołączyłem do nich z Kornim. Alban z Wormsem zajęli się grilem a Sylwia zrzuciła z siebie ciuchy, przykuwając prawdopodobnie wszystkie męskie oczy do swojego ciała w błękitnym stroju kąpielowym, nie wiedzieć kiedy znalazła się w jeziorze i chyba zapoznała z dziewczynami w wodzie bo już po chwili płynęły gdzieś razem. Mądra laska, już nam szpąci nowe koleżanki na wieczór, pomyślałem. Zaraz razem z Kornim byliśmy w wodzie i nurkując podpłynęliśmy do Sylwii i jej nowych znajomych. Chciałem złapać pod wodą Sylwię za nogę i ją troszkę przestraszyć, ale jak się okazało trafiłem na nogę Magdy, która pisnęła głośno. Po chwili już pływaliśmy i wygłupialiśmy się z Magdą, Olą, Agatą i Sylwią. Odbijaliśmy piłką razem z nimi, wyrzucaliśmy je po kolei do góry po czym spadały w wodę z piskiem. Początkowo pozornie broniły się przed tym, ale obaj z Kornim wiedzieliśmy, że sprawia im to radość. Później już same się przepychały która pierwsza i wyżej poleci z naszych ramion. Worms i Dżejkop kiedy zobaczyli to z brzegu, zaraz przebrali się w kąpielówki i podpłynęli do nas. Zapoznali się szybko z dziewczynami i razem z nami wymyślali nowe wodne zabawy. Na koniec zrobiliśmy wyścig, kto pierwszy dopłynie do molo i ociekający wodą, trochę zdyszani zaprowadziliśmy dziewczyny do naszego obozowiska. Bajzel i Alban już zdążyli zrobić szaszłyki z grilowanego mięsa i wymachując nimi z wzrokiem utkwionym w młode, mokre ciała zbliżające się do nich, wołali nas na jedzenie. Saski dopiero jak usłyszał nad sobą głosy zerwał się z materaca, przerwał opalanie i przywitał z roześmianymi laskami. Zabraliśmy się do szamy i oczywiście poczęstowaliśmy dziewczyny, choć z początku odmawiały jednak zachęcone zapachem i chyba w głównej mierze inicjatywą Sylwii spróbowały i bardzo zachwalały młodych kucharzy. Nasz wspólny posiłek nie trwał długo, niezauważalnie podszedł do nas jakiś tęgo zbudowany chłopaczyna i ze srogą miną wypalił:
- Magda, co ty tu kurwa robisz z tymi lamusami? Wstawaj idziemy do baru.
- Ej koleżko, trochę szacunku... do kobiety – błyskawicznie odpowiedział Korni.
- Marek wyluzuj, oni są w porządku – dorzuciła szybko Olka bo Magda była wyraźnie zmieszana tą sytuacją, ale gościu już z wściekłością patrzył na Korniego:
- To ja tu decyduję, kto jest w porządku a kto nie, a ty mi się nie podobasz.
Po tych słowach podszedł bliżej a cała nasza siódemka poderwała się na równe nogi. Zbliżył się do Korniego i z miną „dawno ci nikt nie zajebał” odepchnął go oburącz, tak że Korni poleciał na stojącego za nim Saskiego i obaj wywrócili się na glebę. Momentalnie we dwóch z Wormsem odepchnęliśmy tak samo tego kafara a Bajzel wysunął mu kopniaka pod łydki podcinając go, tak że również znalazł się na piasku.
- Chłopaki przestańcie! – Krzyknęła Sylwia
- Spokój! Nie będziecie się przeze mnie bić – zareagowała Magda pomagając wstać Markowi.
Dziewczyny ustawiły się między nami a Marek krzyknął, że mamy przejebane, na co każdy z nas szyderczo pokiwał głową, choć zapewne nie tylko ja zastanawiałem się ilu podobnych koksów siedzi w barze do którego idą. Kiedy szli w stronę tej knajpy kafar jeszcze parę razy odwrócił się przez ramię patrząc na nas a ja dopiero teraz spostrzegłem, że upadł kilka centymetrów od leżaka jakiegoś starszego małżeństwa, które teraz rozprawiało o tym co przed chwilą miało miejsce. Po chwili odezwali się do nas:
- Uważajcie, bo to źli ludzie, często tu przyjeżdżają i same problemy z nimi są.
- Całe życie uważamy proszę pani - odpowiedziałem
- Nie szukamy problemów, one nas same znajdują – dorzucił Saski
- Ale szacunek musi być! – niemal krzyknął Worms
- Współczuje jego lasce, jak on ją tak traktuje. Kobiecie nie można zakładać łańcucha. – dorzucił swoje zdanie Alban
- Jak widać szuka tylko okazji żeby się z tego łańcucha zerwać – podsumowałem jego wypowiedź
- Z niewolnika nie ma pracownika to z niewolnicy nie ma nałożnicy – zarechotał Saski
- Kurwa, zabolał go „szacunek” , chyba powinniśmy mu wbić to słowo do bani pięścią – otrzepując się z piasku powiedział Korni
- Daj spokój, tu są kobiety, dzieci, po co się awanturować w miejscu gdzie należy się relaksować? – odpowiedział mu Bajzel
- Racja, napijmy się teraz a czuję, że awantura nas i tak nie ominie... – Korni wypowiedział tak naprawdę myśli każdego z nas.
- Eeej chłopaki, bez żadnych awantur mi tutaj, to ma być spokojny, udany weekend – wycedziła powoli Sylwia, widząc co wisi w powietrzu.
- Przecież nie pójdę do niego i mu nie przypierdolę, sam jeszcze nas zaczepi, tylko pewnie nie sam...
- Może dzwonić po ludzi? – Zapytał Bajzel
- Nie ma sensu, przecież jest weekend majowy, każdy gdzieś odpoczywa, zresztą sami sobie poradzimy, wadiusz masz klamkę ze sobą?
- Korni przecież wiesz, że na taki wypad nie ruszyłbym się bez niej, ale została w domku Albana. – z uśmiechem odpowiedziałem
- Masz pistolet? – ze zdziwieniem Sylwia
- Coś Ty, to tylko zabawka na metalowe kulki – odpowiedziałem nie zdejmując uśmiechu z twarzy.
- Nie raz nam uratowała dupę ta „zabawka” a i do ściągania długów się przydała – Korni również złapał dobry humor.
- Oj chłopaki zaczynam się was bać – pół żartem a pół serio odpowiedziała.
Atmosfera zrobiła się trochę napięta, chyba głównie za sprawą Sylwii a może Saskiego, który zaczął łapać paranoje, nie wiem... Dopiero joint puszczony przeze mnie w obieg trochę rozluźnił towarzystwo i zeszliśmy na bardziej relaksujące tematy. Weszliśmy jeszcze na jakiś czas do wody po czym przebraliśmy się, spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną do domku letniskowego państwa Kotowskich.
Zaczynał się wieczór, wracaliśmy jacyś zmęczeni przedpołudniem, baterie w bumboxie się rozładowały, zrobiło się nieco zimniej, szliśmy leniwie rozmawiając.
- Cynek dzwonił do mnie, że wpada za jakąś godzinkę do nas.
Traciłem poczucie kto wypowiada jakie słowa:
- Zajebiście! Tylko tego wariata nam brakowało.
- Z kim on się tam zabierze, przecież on nie ma prawka.
- Z Gromem! Kupił nową furę przedwczoraj
- No, no mówił, że coś chce kupować
- Subarynke! – krzyknął Korni, tego byłem pewien
- Może da Ci kajta jak ładnie poprosisz – powiedziałem do niego
- Kocham ten samochód, od dziś odstawiam betę do garażu i jeżdżę z Gromem
- odpowiedział
Zaśmiałem się głośno a mój śmiech odbił się echem od otaczających nas drewnianych domków letniskowych. Na dworze było już całkiem ciemno, szliśmy bardzo leniwym krokiem bo wydawało mi się, że ta droga ciągnie się w nieskończoność, albo byliśmy tak nakopceni, że czas był dla nas tylko starym przesądem ludowym. Choć zazwyczaj wszelkie powroty mijają dużo szybciej niż droga do celu. Jednak czas jaki spędziliśmy i sposób w jaki go spędziliśmy znacząco wpłynął na nasze postrzeganie rzeczywistości. Dlatego nie widzieć skąd i jak znalazłem się na drewnianej ławeczce na działce Albana przy tym samym co wcześniej drewnianym stole z jasnego drewna, nie wiem kurwa to świerk? Czy kurwa modrzew? Chyba jednak sosna. Obok mnie siedział Cynek i śmiał się głośno do mnie, chyba rozmawialiśmy ze sobą. Jestem nieprzytomny „czy nie prościej było zostać w domu, nie prościej?” Nie bo my nie robimy tego co jest prostsze, tylko.. ee.. no właśnie. Co się ze mną dzieje? Moje myśli pokręcone biegną jak szalone, czuje się jakbym zjadł kwasa.
- Gromie dałeś mi coś na nieświadomce? – byłem pewien, że tak. Znałem to uczucie. Płynę w oceanie świadomości niesiony myślą mnogości. Wydłużam, poszerzam, wyciągam.
- Nie na nieświadomce, tylko sam zabrałeś mi ten papier i nawet o tym nie pamiętasz. – brzmiała niewiarygodna odpowiedź, chociaż.. jak się skupię.. tak pamiętam! :
- No tak, nie wierzyłem, że to ma moc, to skrawek zwykłej kartki papieru przecież!
- Nasączonej LSD – rzeczowa odpowiedź dilera. Tak Grom był dilerem w pełni tego słowa znaczeniu, chociaż dla mnie to był zwykły kumpel. Choć wygląda bardzo niepozornie, jest niski, trochę tęższej budowy z śmieszną, plastyczną mordką jak brązowa, skórzana piłka do nogi z lekkim flakiem. Mój skwaszony umysł tak mniej więcej go postrzegał. Jego zielone oczy nie były skutkiem przebarwienia pigmentu od trawki, ponieważ jeśli narkotyki decydowały by o jego ubarwieniu zapewne byłby biały jak śnieg. Grom lubi wszystko co dobrze daje po neuronach. Kiedyś bawił się herą – teraz z dystansem odnosi się do heroiny. Miał okres w życiu, że z nią przesadzał, ale kiedy do niego dotarło, że towar nim sponiewierał ogarnął się i przerzucił na koks. Amfetaminy nie wciąga od 18 roku życia, kiedy zaczął na poważnie działać. Skończył się w jego życiu etap biegania a rozpoczął okres prawdziwych interesów. Poznał ludzi, wniknął w środowisko i skończył kiepkie interesiki. Teraz dogaduje się z chłopakami z Warszawy, ogólnie grubsze historie.
- No tak tak, coś o tym wspominałeś. – uświadomiłem sobie, że teraz dopiero zaczynam czuć właściwe efekty tego narkotyku. Świat stał się wyrazisty, byłem w nim a on we mnie, jestem jednością ze światem. Kolory i dźwięki były najwyrazistsze. Docierało do mnie miliony zapachów: kwiatów, chyba z trzy rodzaje, psa sąsiada leżącego za drucianą siatką na podwórku obok, osy latającej nad pieczeniom, ja pierdole ona wytwarza taki zapach?

- Chce ktoś jeszcze ten papier? Zostały mi trzy.
- Dobra daj mi – niespodziewanie powiedział Saski wyciągając rękę po kartonik
Dałem mu niepewnie. To go może zniszczyć. On chyba nigdy tego nie brał a jego psychika może różnie zareagować na ten skrawek papieru nasączony bezbarwnymi unitami najbardziej psychodelicznej substancji na świecie, ale cóż robi to na własne życzenie. Odratujemy go jakoś najwyżej.
- Jeden należy się dla Groma – podałem mu, choć nie chciał wziąć
- Ćpaj to co ludziom pchasz wariacie! – krzyknąłem do niego z uśmiechem. Nie wiem jak to odebrał, ale wziął ode mnie papier i włożył do ust.
- No i ostatni dla doktora – powiedziałem aplikując kartonik.
Świat stał się w niedługim czasie bardzo kolorowy mimo otaczającego nas mroku. Żarówki na ganku i te widoczne przez uchylone drzwi promieniowały wszystkimi kolorami tęczy. Owady brzęczały nad wyraz głośno zagłuszając mi momentami sedno rozmów prowadzonych w przyśpieszonym – bardzo zwolnionym tempie. Saski, bardzo aktywnie zaczął uczestniczyć w konwersacji, nie wiem czy wpływ miała na to substancja, którą zażył czy temat jaki wyłonił się z banalnych rozmów o spaczonym świecie:
- Jest takie łacińskie przysłowie, nie pamiętam jak brzmi w oryginale, ale w tłumaczeniu na polski mniej więcej tak: „Ludzie chcą być oszukiwani, zatem niech będą oszukiwani” Już wtedy rządzący wiedzieli, że ludzi trzeba oszukać, żeby sprawnie nimi rządzić.
- Manipulacja jest wszędzie, wiadomo mało na kogo nie działa propaganda medialna. – odpowiedział mu Korni
- Dlatego praktycznie nie oglądam telewizji bo to idealny obraz bełkotu. Władza ustawodawcza zastępuje ludziom ich moralne sumienie, władza wykonawcza odbiera im inicjatywę i chęć zmian, władza sądownicza zabiera im możliwość oceny moralnej czynów a czwarta władza, czyli media narzucają ludziom sposób myślenia. – kontynuował Saski
- Czwarta władza? Jak dla mnie to już jest podstawowa władza. Dzięki telewizji można ludziom przedstawić najoczywistsze kłamstwo jako jedyną prawdę. Politycy boją się afer medialnych bardziej niż sondaży przedwyborczych. Media dziś są jedynym wyznacznikiem poprawności. – wtrąciła się Sylwia dotąd zajęta rozmową ze mną i Cynkiem
Saski został trochę zbity z tropu. Prawdopodobnie Sylwia celnie ujęła puentę jego dalszego wywodu, albo zdziwił się, że zainteresowała się ona takim tematem. Po chwili powiedział:
- Dokładnie, niemal wyjęłaś mi to z ust, nikt nie zainteresuje się rozbitą rodziną mieszkającą w baraku dopóki, nie nagłośni tego telewizja a wtedy od razu znajduje się pomoc od rządzących.
Zainteresowanie Sylwii rozważaniami Saskiego niejako zmusiły mnie i Cynka do włączenia się do dyskusji:
- Medialna papka, gdyby to chociaż było niezależne mogłoby być fajnie... – Saski przerwał mi w pół słowa: - Dokładnie, telewizje na całym świecie są ukierunkowane na Nowy Porządek Świata. To jest to co nam grozi.. – Cynek w między czasie tej wypowiedzi siedział zniesmaczony i szturchając Saskiego głośno powiedział: - Co jest, przerwałeś Wadiuszowi, Ty zawsze musisz ludziom przerywać.
Saski Zamilkł i obraził się. Tak widziałem to wyraźnie jego foch rozciągał się od oczodołów po samą miednicę. O rzesz w mordeczkę, ale on ma wielką buzieczkę. Przecież jego pysk zajmuje większość jego osoby.
- Wadiusz dokończ co tam zacząłeś, wywalczyłem to dla Ciebie – dobiegł mnie krzyk gdzieś jakby zza zachodniej ściany Lothe
- Nie znam człowieka, o co chodzi? – bezpiecznie odpowiedziałem
- Że media kłamią – błyskawicznie rzucił Cynek
- No to każdy wie, co w związku z tym? – rzeczowo a po chwili patrząc na Saskiego:
- Ja jednak oddaje głos Saskiemu.
Widziałem to w jego wielkich na pół dyni oczach, że jak nie dam mu dokończyć to się rozpłacze. Albo nie, żle to ująłem. Jego oczy były jak dwie olbrzymie śliwki węgierki wielkości arbuzów. Nos niczym skocznia narciarska aż do kolan, gdzie można było odnaleźć usta, które rzekły:
- Nowy porządek świata. Zabij swego brata, nie licz na pomoc kamrata, zginiesz Ty i Twój tata. – szyderczy śmiech, po czym dalej: - A na poważnie to nie wygląda dużo lepiej. Chcą zredukować liczbę ludzi i robią to różnymi metodami. Przez zatruwanie żywności chemią, przez wojny, kontrolę pogody, GMO, zamachy, terroryzm. Właściwie co to jest terroryzm? Wymyślony wróg dający nowe możliwości: kontroli nad społeczeństwem przez zwiększone standardy bezpieczeństwa, kontroli nad złożami ropy dotąd niezależnych krajów tzw. „dyktatorów” choć dziwne, że gdyby nie podsycane zewnętrznie konflikty i sztucznie powodowana nienawiść prawdopodobnie nikt z obywateli tych krajów nie sprzeciwiał się władcy. W zasadzie to jest to materiał na dłuższy reportaż, więc zostawimy to na razie.
- Tak, Saski Zostań reporterem a nie grabarzem – Przerwał mu Cynek
- Co?!hahaha grabarzem? – Reakcja Wormsa jak to usłyszał – Saski nie mówiłeś, że jesteś grabarzem.
- No bo nie jestem, dopiero złożyłem CV i byłem na krótkiej rozmowie, jak mnie przyjmą to się mają odezwać...
- Wykopiesz nam groby? – z uśmiechem powiedziałem, klepiąc Saskiego po ramieniu.
- Już kopałem kiedyś groby – entuzjastycznie odpowiedział Saski
- Ja nie chcę umierać!!! Mam tylko nadzieję, że w niebie będzie można palić gumę. – niemal wykrzyczał Worms jak usłyszał o czym rozmawiamy, przerywając słuchanie Dżejkopa, który opowiadał o dniu wczorajszym.
- Wormsik, ale Ty mnie musisz kochać. Wiesz co rozkminiłem, że palę gumę na raty jak jeżdżę furą, Ty uwielbiasz dymić spod kół porządnie a ja powoli haha na raty. – powiedziałem z mieszanym uśmiechem na twarzy
- Hahaha Wadiusz Ty wariacie kochany.
Byłem w nieziemskim stanie. Właściwie chyba nigdy się tak nie czułem. Ludzie wykrzywiali mi się w oczach a Saski jak był wielką mordą tak pozostał, chociaż nie.. zrobił się jakiś ładniejszy. Ma wielkie Szklane, lodowe oczy z wielkimi źrenicami. Anglosaski nos, ale co to?! W nosie mała trumienka. Wciągnął ją, bez przypału. Usta milczą, ale są wyprofilowanym uśmiechem Monalizy. Ma białe w kącikach ust, niedobrze. W zasadzie już po nas. Mają nas. Przepadliśmy. Kurwa, znowu trumienka, nie wciągnął jej! Oszust! Ona jest na sznurku, tak to sobie wymyślił. Wypadła mu i dynda! Hahahahahahahahaha!
- Wadiusz czego się tak śmiejesz? – Bajzel wyrósł przed moimi oczami.
- Hahahahaha nie mogę haha pochaha hahahha mowac smiechu hhaa
- Co?! – chyba było ze mną nie dobrze bo praktycznie wszyscy patrzyli na mnie, poza Bajzelem i Sylwią. Sprytny skurwysyn odwrócił uwagę moim śmiechem. Ale to jest śmieszne przecieżjak sam skurwysyn hahahahahaha a ha ahahahahahaha hahahahaha hahahaha Napady mojego śmiechu powiększały się a mnie z tego wszystkiego zaczął boleć brzuch. W tym czasie Bajzel niezauważalnie włożył Sylwii rękę w majtki. Widziałem to tylko ja, kurwa mać wszyscy patrzą się na mnie a ja nie mam pojęcia czy to co widzę jest rzeczywistością. Całują się a ja nie mogę się przestać śmiać. Muszę im to powiedzieć, muszę:
- Chłopaki ale Saskiemu dynda u nosa mała trumienka. !! Po czym wybuchnąłem jeszcze gorszym śmiechem.
- Eeee wadiusz to nie jest śmieszne – pierwszy wynurzył się Korni
- Ale mi też się tak przez chwilę wydawało – powiedział Grom
- Wy ćpyki, nie wierze hahaha! Trumienka, dobre. Wyobraź sobie coś ciekawszego - Dżejkop
- O! Ja już widzę same nagie laseczki dookoła – Grom, rozglądając się a raczej nerwowo ruszając głową.
- Mieszanka koki, trawki, LSD i wódy, jak to jest? – Korni podszedł do Groma z piwem w ręce w roli mikrofonu.
- Zaaajebiście – bezuczuciowa odpowiedź
- Grom dawaj koki przyjebiemy sobie z Albanem – zaproponował Dżejkop.
- Za fundusz. Koka nie jest tania
- Okej, stać nas jeszcze na nią. Po ile masz?
- Dwieście, ale uwierz mi, że lepszej nie znajdziesz na wschód od Wisły.
Alban dopiero podszedł bliżej:
- Mówisz, że dobry koks masz.
- Najlepszy. – Krótko odpowiedział Grom sypiąc na wagę proszek.
- Bierzemy grama na dwóch? – Alban zapytał Dżejkopa
- Po bolku sobie weźcie – od razu Gromek rzucił ze zdziwieniem
- Nie no co Ty głupi? My nie takie odkurzacze jak Ty.
Chłopaki dobiły targu. Zaraz towar posypano na gładko zacyklinowany i lakierowany stół i raz dwa trzy po przedstawieniu.
Sylwia patrząc na to wszystko zza ramion Bajzela krzyknęła:
- Zaprawieni w bój ruszamy na balety!
- Eeee Balety! – krzyknął za nią Worms
Bajzel z Sylwią zaczęli tańczyć, Worms skakał radośnie wokół nich. Dżejkop uśmiechnięty jak pierdolnięty założył duże czarne okularki przeciwsłoneczne. Wyglądał jak X-D
- Lecimy do pobliskiej remizy – Oznajmił Alban – Tutaj robi się za duży burdel.
Gospodarz zarządził to ruszamy.

Dopalamy ostatnie jointy i wychodzimy znów na tą samą polną drogę z wyjeżdżonymi koleinami. Trawa bujnie porasta odcinek między dwoma śladami kół a zaraz obok po dwóch stronach trasy rozciągają się druciane siatki dzielące działki poszczególnych ludzi. Jakaś para na leżaku, jakaś inna pod kocem na hamaku. Jakiś dziadek z dziećmi, chyba próbuje im czytać jakąś bajkę. Noc była dosyć jasna a może to tylko ja widziałem dziś wyraźniej. Czarny kot wyszedł zza jakiegoś małego drewnianego domku, szedł wyraźnie w naszą stronę tylko po to żeby przejść nam przez drogę i schować się za studnią. Nie jestem przesądny, ale dziwnie obserwowałem tego kota i gapił się na mnie zielonymi wyłupiastymi ślepiami. Każdy był zajęty jakąś inną rozmową, w innym temacie: Sylwia z Cynkiem i Bajzelem, Worms z Dżejkopem, Alban z Kornim, tylko ja z Gromem i Saskim od czasu do czasu udzielając swoich kwaśnych myśli otoczeniu, byliśmy właściwie
w innym wymiarze i w większości wymienialiśmy ze sobą tylko spostrzeżenia. Okolica była cicha, w oddali słychać było rechotanie żab przyćmiewane przez koniki polne i dokuczające nam komary, które odganialiśmy dymem z papierosów. Z daleka dobiegał do mnie hałas muzyki dudniącej w pobliskim pubie. Nasz cel był nieco dalej, szliśmy do remizy w której była impreza organizowana przez znajomych Albana.
- Pełno dymu unosi się w górę, kłęby tworzą ulubioną chmurę. Ten zapach i silnika jęk lepszy niż blondynki wdzięk! – Krzyknął Worms kiedy ukazała się przed nami para samochodów driftujacych na parkingu przed Remizą do której zdążaliśmy. Nie wiem jakiej były marki bo po chwili odjechały w kłębach dymu z opon.
- No Sylwia oczywiście, że Ty nie jesteś tylko blondynką, jesteś wyjątkowa – z uśmiechem powiedziałem do Sylwii.
- Dla Ciebie wyjątkowa? Phi.. skąd Ci to przyszło do głowy? – odburknęła.
- Jesteś wyjątkową osobą. Dla mnie też coś znaczysz.
- Jak duże coś? – zapytała patrząc mi głęboko w oczy, może namiętnie, może trochę zagadkowo.
- Jak stąd do Zakopanego – powiedziałem zbliżając się do niej a po chwili rzucając jej się w ramiona. Zrobiła wielkie, chyba zaskoczone oczy i przytuliła do piersi mówiąc:
- Ten Bajzel to świnia.
- Wiem, widziałem co Ci zrobił – odpowiedziałem szeptem
Odchyliła się nieco ode mnie:
- Nic mi nie zrobił, o co? Ci chodzi? Mówił tylko takie straszne rzeczy..
A jednak przewidziało mi się. Widziałem tylko spełnienie myśli tego gwałciciela. Muszę go unieszkodliwić zanim spowoduje więcej nieszczęścia. Niee.. to tylko mój skwaszony umysł wyolbrzymia całą sytuację. Tkwiłem w objęciach Sylwii idąc z nią krok w krok. Podobało jej się to. Zwolniłem nieco tempo, pozostali poszli do przodu jakby nie zwracając na nas uwagi a może nie chcieli tego robić. Sylwia odwróciła się do mnie i mnie pocałowała. Najpierw raz po czym spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i widzieliśmy to nawzajem u siebie – zakochanie.
Po chwili już namiętnie się całowaliśmy. Trwało to może moment a może kilka godzin, ale było przepiękne. Kiedy oderwała ode mnie usta i skierowała wzrok w moje oczy powiedziała: - Kocham Cię, wiesz?
Zamilkłem na chwilę, rozpłynąłem się. Niczego ostatnio bardziej nie pragnąłem niż usłyszeć to z jej ust. . .
Dopiero po chwili zorientowałem się, że stoimy na środku niewielkiego parkingu przed samym budynkiem remizy. Wysoka hala na jakieś 10 metrów i mała dobudówka dwu kondygnacyjna w kolorze szarym. Dookoła obsadzony był metrowy żywopłot i dalej chodnik na którym staliśmy. Parenaście metrów przed nami było formalne wejście do remizy, która nocą zamieniała się w dyskotekę. Przed wejściem wystawiony był pół metrowy podest z barierkami a na nim poustawiane stoły i krzesła, przy których siedzieli ludzie pili piwo, palili papierosy. Dostawiane drewniane schody pozwalały wejść na górę. Ustawiono kilka dużych kolumn i na podeście jeszcze wyższym siedzi DJ. Dobrze sobie remiza dorabia na weekend majowy.
- Ja Ciebie też – odpowiedziałem po chwilce, może dłuższej milczenia, które nie było krępujące dla żadnej ze stron. Patrzyliśmy sobie w tym czasie w oczy zagłębiając się w sobie, nie mogąc dotrzeć do dna. Aż po tych słowach znów powoli zbliżyliśmy usta i namiętnie się pocałowaliśmy.
- Który dzisiaj? - zapytała
- 1 maj – odpowiedziałem
- To mój jeden z najszczęśliwszych dni – Śpiewnie odrzekła i przytuliła się do mnie.
Jednak nigdy nie zrozumiem kobiet. . .
No pokochałem tą zgrabną istotę, mam nadzieje że to nie wynik używek, ale znałem ją już jakiś czas wcześniej i bardzo mi się spodobała. Jest cudowna. Kocham ją.
Usłyszeliśmy huk, odwróciliśmy się w stronę źródła dźwięku, jak się okazało wejścia do remizy a dokładnie wyłamanej barierki i ciała jakiegoś faceta leżącego na łeb na szyję częściowo na chodniku a nogami na trawniku. Zaraz po chwili wyskoczyło jeszcze dwóch okładając się pięściami. Rozpoznałem, że jeden z nich to Worms.
- Przepraszam kochanie, muszę zobaczyć co tam się dzieje, nie ruszaj się stąd, zaraz wracam – wykrzyczałem do Sylwii biegnąc w tamtą stronę.
Kiedy podbiegłem bliżej zobaczyłem wojnę, kurwa wojnę. Nasi się bili z jakimiś wariatami. Nie były to pospolite chamy, nie były to dresy, na pewno nie byli to też jacyś złodziejaszkowie i nie wierzę, że to ktoś od nas wywołał awanturę. Tak!! Poznaję to ten chyba Marek co rano awanturował się z nami na plaży. Ja pierdole, Korni rzuca krzesłem w jakiegoś koksa, Alban kolejną butelkę rozbija na głowie jakiemuś kafarowi, Worms kładzie na ziemie kolejnego, dwóch biegnie na mnie, schyliłem się i wyjebałem jednemu w szczękę, drugi mnie minął. Odwróciłem się a już zamachiwał się na mnie, nie zdążył Cynek wyjebał mu kopa na łeb, tylko się osunął po ścianie. Grom leży pod stołem przygnieciony krzesłem, Saski z zakrwawiona głową podnosi się z ziemi, jeszcze Dżejkop przybiega nagle po schodach, nie wiedzieć skąd i krzyczy:
- Spierdalać, spierdalać! Jedzie chamownia! Z pięć samochodów, i tak za dużo hałasu zrobilismy, zaraz tu pewnie będzie ochrona.
- O co poszło? - zapytałem
- Nie widziałeś tego chama co go Bajzel skopał? Ten co rano huczał do nas? To przez niego a chuj wie co to za ludzie, widzisz jak oni wyglądają. Fakt siedmiu przybyczonych gości w drogich ciuchach z łańcuchami złotymi i srebrnymi różnej grubości leżało na ziemi i w różnym tempie zabierali się aby powstać.
- Wypierdalamy stąd! – krzyczał Dżejkop.
- Lepiej stąd wypierdalajcie to przedłużycie swój marny żywot bo i tak was znajdziemy – wybełkotał któryś z nich.
Pośpiesznie opuściliśmy ten kawałek drewnianego podestu patrząc na leżącego jakby bez tchu chama, który przeleciał przez barierkę.
- Temu co się stało – zapytałem trochę głupio
- Alban mu wysunął kopa na mordę, że chłopaczyna staranował barierkę, ale będzie żył widać, że dycha.
- Może powinniśmy mu pomóc – wycedziła Sylwia dobiegając do nas.
- Nie, dziewczyno uciekamy stąd jak najszybciej.
Zaraz skręciliśmy w pobliskie zarośla bo tak jak mówił Dżejkop pięć samochodów niemieckich marek wjechało pod remizę.
Słyszeliśmy za sobą głośne krzyki i przekleństwa. Zjechało się jeszcze kilka samochodów, ale żaden policyjny. Całe szczęście. Wyszliśmy tyłem przez krzaki na drogę polną za remizą i szybszym krokiem skierowaliśmy drogą okrężną na działkę. Nie uszliśmy daleko kiedy z bocznej dróżki dosyć szybko wyjechały dwa samochody. Bmw i Mercedes pędziły za nami wąską drogą polną. Po jednej stronie mieliśmy pole a po drugiej dosyć rzadki lasek. Bez wahania rzuciliśmy się w ten las tak żeby nie tracić się z widoczności a było w nim trochę ciemno. Korni włączył latarkę, którą na szczęście miał ze sobą, ja zaświeciłem sprytną diodą w zapalniczce wbrew pozorom dającą sporo światła a Bajzel włączył latarkę w telefonie. Tak biegliśmy słysząc jak za nami zatrzymały się samochody i ktoś rozpoczął pieszy pościg. Widzieliśmy. Sześciu typów biegło za nami, w pewnym momencie niespodziewanie zaczęli do nas strzelać! Dokładnie w drzewo tuż za mną wbił się pocisk, głośny huk sparaliżował na moment nas wszystkich, Sylwia pisnęła, chwyciłem ją za rękę, po czym każdy ile sił w nogach ruszył przed siebie. Padło jeszcze chyba pięć albo sześć strzałów po czym słychać było już tylko sowy i puchacze, czasem odezwał się jakiś nocny ptak albo nietoperz. Zatrzymaliśmy się na jakiejś polance.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytał Saski
- Zaraz Ci powiem – rzuciłem i odpaliłem GPS w Xperi.
- W lesie – niestety tak wskazywał również iPhone Albana, byliśmy w dupie.
- Jesteśmy jak dzikie zwierzęta, osaczeni przez kłusowników w sercu głuszy – oznajmiłem moje odczucia.
- Jesteśmy w mateczniku i jesteśmy rodziną niedźwiedzi – dodał Korni
- Tak tylko polują na nas jacyś pojebańcy – nerwowo krzyknął Saski
- Ja nie chcę umierać! – zawył Worms
- Worms ma jeszcze uratować świat! – Krzyknął Dżejkop
- Ja nie chcę być spidermanem! Ja nie chcę ratować świata! – w odpowiedzi Worms
- Nie drzyjcie się tak bo nas usłyszą, na pewno czają się za którymś drzewem – przyparanoił Saski
- Bez lipy, wykopiesz nam groby i będziesz zarobiony - ze spokojem powiedziałem
Sylwia chwyciła mnie za rękę i mocno uścisnęła
- Nie, chłopaki spokojnie, trzeba działać, nie możemy tutaj stać – ogarnął sytuację Korni
- Idziemy tam! – Ruszyłem w miejsce które wydawało mi się najbardziej odpowiednie trzymając za rękę Sylwię a cała reszta podążyła za nami. Byliśmy cicho. Staraliśmy się być cicho. Oświetlaliśmy sobie drogę czym się dało i tak dotarliśmy do skraju lasu. Kiedy wychodziliśmy z lasu Saski zaczął się dziwnie zachowywać po czym krzyknął:
- W obliczu Śmierci!
Padł jak nieżywy na ziemię, tzn. ściółkę i liście na skraju lasu. Podbiegliśmy do niego, był półprzytomny.
- Ziomek co Ci się stało? – nerwowo szturchnąłem go za ramiona.
- Widziałem.. widziałem ją – wybełkotana, wycedzona odpowiedź
- Kogo ziooom!
- Śmierć! – Krzyk i przerażenie w oczach Saskiego napawały mnie lękiem, po czym szybko wstał, otrząsnął się z liści i pomaszerował przed siebie. To było niebywałe. Ten człowiek zawsze był ciekawym zjawiskiem przyrodniczym, ale tym zdarzeniem pobił wszystko na pysk. Czy to kwas tak na niego zadziałał czy naprawdę coś mu się przestawiło w głowie? Hmm.. a może po prostu on naprawdę widział śmierć, tak to jest najbardziej prawdopodobne. Muszę kiedyś się go o to zapytać, na razie musi ochłonąć, niecodziennie widuje się śmierć.
Staliśmy na skraju tętniącego życiem lasu, wpatrzeni w gwiazdy i zaczarowani nocnym powietrzem tej wiosny. Wszystko budziło się do życia. Nawet nocą rośliny i zwierzęta żyły pełnią życia jak my teraz. Pełnią życia? Ze śmiercią na karku.. ile razy widzieliśmy ją w ciągu ostatnich dwóch dni? Ktoś do nas strzelał z ostrej amunicji, to nie są żarty. To nie byli jacyś gówniarze i śrut, tylko ostra amunicja, z kim my zadarliśmy? Poszło o dupę? Ja pierdolę.. zaczynałem sobie zdawać sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Musimy przedsięwziąć poważniejsze kroki, albo stąd spierdalać. Chyba jednak weekend majowy odcinek pierwszy część Grabniak zakończymy tego wieczoru. Nie chcemy żeby ktoś zginął. Chociaż nie jestem pewien czy ten koleś przeżył upadek z drewnianego podestu, jeśli Alban go zabił nie darują nam na pewno.
- Prawdopodobnie musimy iść tą drogą w dół. Z tego co się orientuję jak biegliśmy. – stwierdził Grom a jego orientacja w terenie szczególnie na loko była wybitnie dobra.
Ruszyliśmy pospiesznie, niemal biegiem przed siebie. W niedługim czasie znaleźliśmy się za bramą i wkrótce w domku na działce Albana.
- Myślę, że mamy sporego farta, że żyjemy – powiedziałem i zaraz bez czekania na potwierdzenie reszty dodałem – jak to właściwie wyglądało? Bo chyba przegapiłem.
- Ten Marek nasłał jakiegoś zbira na Albana jak zamawiał kawałek u DJ to dostał kopa, że się złożył za barierkę i wtedy reszta ruszyła na nas.
- Obserwowali nas od kiedy tam weszliśmy a nie zauważyliśmy wcześniej skurwysyna.
- To ładny obciach przy znajomych zrobiliście Albanowi – stwierdziła Sylwia
- Jaki obciach, spokojnie. Spuszczenie wpierdolu jakimś chamom to nie obciach. – odrzekł Alban.
- Tylko nie wiem czy zauważyłeś to nie były zwykłe chamy – Starałem się zbić z jego twarzy uśmiech bo nie było mi zbytnio do śmiechu.
Pakowaliśmy rzeczy do samochodów, opróżnialiśmy butelki z resztek napojów, zgniataliśmy puszki, segregowaliśmy butelki kiedy padł strzał.. No kurwa w powietrze padł strzał.. Wszyscy spojrzeli się na metalową bramę stanowiącą jedyny dostęp do otoczonej żywopłotem, ogrodzeniem i drzewami posiadłości. Zza bramy świeciły cztery światła, kłapnęły drzwi od samochodu. Wyłoniło się sześć postaci. To ci sami ludzie! Trzech z nich do nas mierzy. Jesteśmy na ganku pół otwarte drzwi, popchnąłem delikatnie Sylwię mówiąc „Skarbie w nogi tylnym oknem” Zaraz za nią skoczyłem i rzuciłem się pędem na górę po klamkę. Za mną wbiegła reszta, słyszałem jeszcze trzy strzały, ale nikt nie jęczał i nie krzyczał poza piśnięciem Sylwii, ale wiedziałem, że jest bezpieczna. Więc byli cali. Zabrałem plecak i klamkę, przekręciłem zaworek od gazu CO2 jest aktywne, pierwsze strzały zabijają, dobrze je wykorzystaj. Nie chcę nikogo zabić, celuj po nogach. Biegiem schodami na dół, okno z tyłu otwarte, drzwi zamknięte, zaryglowane szafą. Myślą. Ktoś się mocno dobija, szafa zaraz się przewróci, strzał, drugi, kula wylądowała w podłodze niedaleko mnie. Robią dużo hałasu pomyślałem kierując się do okna z tyłu domku. Wyskoczyłem oglądając się na boki. Nie było nikogo. Co się z nimi stało? Przypomniałem sobie o małej dziurze w żywopłocie z tyłu niedaleko. Na pewno tamtędy wyszli „Wadiusz ma klamkę, poradzi sobie”
Ktoś wyszedł powoli zza winkla, nie był to nikt od nas bo tylko ja miałem pistolet, ee.. raczej tak... Cel.. kurwa zauważył mnie, ręka drgnęła. Strzał, drugi, trzeci. Trzy szybkie plumknięcia z pistoletu pneumatycznego i postać padła. Nie wiem w co go trafiłem, nieważne. Na pewno wyliże się z tego, zresztą to zły człowiek, chciał nas zabić.
Dobiegłem do dziury w żywopłocie dokładnie rozglądając się czy nikt mnie nie widzi a jednak kiedy byłem już jedną nogą po drugiej stronie dwóch drani wybiegło zza domku. Zauważyli mnie na pewno, na potwierdzenie moich domysłów nie musiałem długo czekać, dwa strzały potwierdziły je wystarczająco. Tym razem kula o centymetry minęła moją głowę. „Boże dziękuję” Naprawdę szczerze zwróciłem się do Boga bo mogłem już od paru sekund leżeć martwy. Biegłem ile sił w nogach przez jakieś pole do pobliskiego lasku. Widziałem już tam postacie, którymi byli jak myślałem moi ziomkowie i Sylwia.
- Chyba nie spalą domu i nie ruszą samochodów – teraz już roznerwicowany Alban
- O dom byłbym spokojny, ale samochody mogą pójść na dill – realnie spojrzałem na sytuację. Dobrze, że nie było tam mojego Rovera 75 –zabiłbym ich wszystkich za niego teraz jakby tam stał. Trochę egoistycznie, ale cóż pomyślałem i wypowiedziałem myśl:
- Mogę któremuś z was dać klamkę i odbijecie fury.
- Co Ty Wadiusz trzeba by mieć z pięć takich co najmniej. – tym razem realnie ocenił sytuację Korni
- Daj mi ja ich wszystkich wystrzelam w pizdu – powiedział Grom wyciągając rękę po pistolet.
- Ty nie dostaniesz, nakokszony małpiszonie nie zginiesz naćpany! – krzyknąłem na niego, żeby uspokoić jego żądze zabijania a jednocześnie przypomnieć, że jest pod władaniem silnego stymulantu.
- Idziemy na busa do Lublina, po samochody wrócimy po weekendzie majowym
- O drugiej w nocy kursują jakieś busy? – zapytałem bo nie wiem
- W obliczu śmierci, w zasięgu kosy – Nie wiadomo skąd przyjebał Saski
- Saski co się z Tobą dzieje? – Korni zwrócił się do niego a zaraz za nim Cynek i Worms:
- Bez paranoi, zaraz coś wymyślimy.
Co jest z tym życiem?
Link 01.05.2011 :: 16:07 Komentuj (0)




- Who da fuck? - 3 War
Link 06.04.2011 :: 17:40 Komentuj (0)







Życie jest za krótkie..
Link 03.04.2011 :: 17:06 Komentuj (0)

"ile zmarnowałem godzin, aż podziw jak pomyśle to wychodzi
jedną myśl mi to przywodzi:
to życie jest za krótkie, słyszysz? chuj że Cię to nie obchodzi
nie chce skarpet od wymiocin
ściany czarnej od wilgoci chcą idioci, musieli by się przegłodzić
scheda z rodzin, nie ma co tu się rozwodzić
drzewo pewnie nie obrodzi po powodzi - o to chodzi, wiem to od narodzin
muszę się oswobodzić zanim czas mnie z tym pogodzi
drugi raz się nie narodzisz a życie leci jak pocisk
długi czas to się aż prosi póki tu jesteśmy młodzi
nie raz szukasz, walczysz, mówię "a wychodzi jak wychodzi"
nikt nam nie zagwarantuje, że zakwitnie kwiat paproci
nie ma czasu żeby być, nie ma czasu żeby gadać
nie ma czasu żeby śnić ani czasu by tlen złapać
nie ma czasu - trzeba iść bo już za późno by się skradać
nie ma czasu - statek rusza, z Tobą czy bez Ciebie, wsiadasz?"
(Szad Akrobata - Życie jest za krótkie)

"Witaj w świecie marionetek gdzie nie jeden dba o dietę
wciskają deke i mete, palą chemię, ćpają fete
przemoc jest autorytetem, mają pretekst za monetę
są gotowi być modelem słynnych srebrnych bransoletek
bóg tu jeździ kabrioletem, ma kobietę wyjątkową jak on jeden
wyjątkowo grają w grę te, pchają w eter
dokąd ich to zaprowadzi? Do prywatnych awionetek?
Czy długich godzin przemyśleń? Trzeba być Mahometem
Więc kiedy wstaniesz nad ranem i wtedy życie gówniane
pojmując może ułamek tego co jest oceanem
wróci co jest ugrane, obróci koniec w pytanie
spojrzysz co jest ugrane, masz życie to jest fundament
i zamiast wszystko spierdolić małą łyżką powoli,
czasem w życiu tak bywa, że trzeba żyć choć to boli..
Patrz ile dróg jest, im później zrozumiesz tym szybciej ci stuknie,
nawet nie mrugniesz - życie jest krótkie.."
(Szad Akrobata - Życie jest za krótkie)

"inni czasem zdzwaniali się przez telefon
swoje plany przeforsować nieco niefortunnie w lewo
Sarajewo, rewolucja albo ewolucja - z powrotem na drzewo
i do tego nie mogę nie dodać, że dla nich nie było nic lepszego
jak nie było w nos tematu byli jak ci Nosferatu
a że cechą desperatów jest nie wracać bez tematu
zmotali coś zawsze na pół od Taliba na żebraków
raz, że spławik brał im na dół; dwa, że było zawsze w baku
że jebało jak z rzepaku używali na trzepaku
rano zawsze wyglądali jak ich panny bez mej-kapu
skoro nie przespali nocy był czas na poranny zakup
jak nabyli to nie doszli dalej niż się kończy wiadukt
zostawili w trawie bagaż, trzy minuty i po smaku
dalej każdy z nich jak tragarz niósł już tylko dres w plecaku
i tak co dzień na kozaków nieśli swoje po deptaku
lotem ptaków potem brachu zakończonym lotem z dachu..."
(Szad Akrobata - Bagażowi)

"lekko jak hel w balonikach ulatuje z nich panika
gdy pojmują, że to życie to jebana polityka
skrawki gumy na chodnikach, ślady czasu na pomnikach
wciąż to gonią a to znika - flash-back po narkotykach
inni mają niby spoko i pewnie by mieli spoko
gdyby nie byli wysoko, gdyby wierzyli widokom
mimo to, że wygrali czuli, że ktoś stoi obok
gdyby wiedzieli, że są też ci podobni do nikogo
ale ich to nie dotyczy - demoniczny niewolniczy sen o niczym
życie krótkie jest by czuć ten cień goryczy"
(Szad Akrobata - Witam na komnatach)
Życie bo to jest życie..
Link 09.03.2011 :: 21:18 Komentuj (1)





















Opowiadanie, które powstaje..
Link 06.09.2010 :: 14:16 Komentuj (0)

Pomysł napisania tej książki, albo obszernego artykułu – zależy jak traktować dzieło, które właśnie wynurza się z niebytu do istnienia, zrodził się w dość prozaicznym momencie popularnej czynności fizjologicznej zwanej kolokwialnie sikaniem. Nie była to jednak toaleta domowa a ubikacja wyższej uczelni lubelskiej KUL. W tej oto kabinie WC do dyspozycji miałem nowy papier toaletowy i mydło w płynie, czego nigdy nie zobaczyłbym w liceum, nie mówiąc już o gimnazjum, gdzie momentalnie z tych gadżetów byłby wspaniały ubaw i praca przy sprzątaniu dla pań woźnych. Tak, znajdowałem się w ubikacji uczelni wyższej, gdzie ludzie mieli w miarę poukładane w głowie, starali się wkraczać powolnym, nieśmiałym krokiem w dorosłość. W tych murach porzucali stare przyzwyczajenia, dobierali priorytety, obierali kierunek ku swojej wymarzonej przyszłości lub też pogłębiali stare, niezabliźnione rany brnąc dalej w marazm alkoholowo-narkotycznych wizji nie uwzględniających przyszłości budowanej na kruchym fundamencie. Te i podobne myśli towarzyszyły mi, gdy obmywałem ręce z pachnącego mydełka. Co mamy z tej chwili przyjemności? Dużo więcej szczęścia miałbym wspierając kogoś bliskiego niż pijąc z nim markowe trunki... Czy najlepsza studencka impreza jest więcej warta niż uśmiech jednego dziecka? Pytanie retoryczne... Czy warto tracić czas na pielęgnowanie swojego ego i zaspakajanie egoistycznych pragnień nawet, jeśli daje nam to chwilową przyjemność? Pomyślałem zrób coś dla ludzi, nie po to żeby Cię szanowali, ale żeby byli szczęśliwi, nie po to żebyś miał z tego zysk, ale żeby zobaczyć uśmiech radości na twarzy drugiego... Pomarzyć dobra rzecz – myślałem idąc już korytarzem uczelni. Wracałem w duchu do ideałów z dzieciństwa, którymi chciałem żyć. Jak często chciałbym być dzieckiem i łudzić się dalej, że każdy człowiek może być dla mnie bratem, że przyjaźń to rzecz zwykła, że trzeba sobie pomagać, że najważniejsze jest serce a pieniądze są najmniej istotne, że zawsze będę miał kogoś kto mnie kocha i nigdy nie opuści. Niby zwykłe pragnienia, ale dziś zostają w szufladzie „marzenia” Piękne słowa niestety to dziś pusta mowa. Wychodząc z budynku KUL-u przypomniały mi się wersy napisane wczorajszego wieczoru:
Świat spaczony do snu granic
każdy ma Cię tu za nic
w ostatnim rejsie jak titanic
do końca będzie Cię mamić
już nie wie po co żyje
bo serce dalej bije?
pompuje gorącą krew
czy to jest życia zew?
zagubiony gdzieś między oddechami
zapchana głowa pomysłami i konkretami
świat nie pozwoli zwolnić na chwile
mówią spiesz się powoli ja odstawiam ich na mile

Przesadzam? Nieustannie gdzieś się spieszymy mimo, że nikt nas nie goni. Ludzie to dziwne zegarki: mimo, że ciągle się spieszą wciąż się spóźniają... Ciągle w biegu widzę, że świat mimo wypracowania własnych reguł dalej się w nich gubi. Odrzucając prawo dane przez Stwórcę, ludzie godzą w samych siebie. Bóg wiedział najlepiej, kiedy będzie nam dobrze i dał prawo adekwatne do naszej natury. Może ktoś się zdziwi, dlaczego mieszam w to Boga, to takie nie modne dziś się do Niego przyznawać, ale On był ze mną przez całe moje życie, mimo jego licznych perypetii. O tych też pogmatwanych kolejach mojego życia chcę Ci drogi czytelniku opowiedzieć, kończąc ten krótki wstęp zawierający jedyny w pełni autentyczny fakt z mojego życia, który jak wspomniałem natchnął mnie do podzielenia się z Tobą kawałkiem siebie. Nie przeszkadza tu zupełnie niuans, że wszelkie osoby występujące w tej książce, miejsca czy zdarzenia są fikcyjne, zbieżność imion czy sytuacji jest nie zamierzona i przypadkowa.
Wychodząc z budynku KUL-u przypomniały mi się wersy napisane wczorajszego wieczoru. Tak... Widziałem już granatową betę Korniego, gdzie dziś nas poniosą cztery koła?
- Siemasz brat! Dobrze, że nie poszedłeś dziś na ten wykład, ile można siedzieć na uczelni? – zabrzmiało powitanie, gdy tylko rozsiadłem się na białej skórze pokrywającej fotel pasażera. Cichy dźwięk zapłonu fury zlał się z odgłosem odpalanego papierosa.
- Co masz dzisiaj w planach? – rzuciłem bezuczuciowo, również odpalając papierosa i wystawiając łokieć za otwarte okno.
- Jedziemy odwiedzić Albana, coś wspominał, że ma wolny kwadrat nad jeziorem. Zrobimy grila nad wodą – szybko odpowiedział Korni z piskiem wyjeżdżając z parkingu.
- Zajedźmy po Sylwię, miałem się z nią dziś spotkać a wspólny wyjazd nad jezioro wydaje się dobrą perspektywą. – ta mała siedziała mi w głowie już od paru tygodni. Sprawia wrażenie niezdecydowanej na stały związek, ale jak z koleżanką dobrze się dogadujemy, może akurat coś z tego wyniknie.
- Ty coś z nią kręcisz? – wyrwało się Korniemu – Dobra, podjedziemy po drodze
- Już do niej dzwonie – od niechcenia wymamrotałem wystukując do niej numer z pamięci. Szybko zapamiętałem. Ona ma coś w sobie. Każde jej słowo, każdy gest chłonę jak gąbka, choć zostaje mi w pamięci dużo dłużej niż piana do momentu spłukania. Rozmowa przez telefon była krótka i jak zazwyczaj przy rozmowie z nią pojawił się na mojej twarzy uśmiech. Nie mogła odrzucić tej propozycji. Za 20 min powinna być gotowa, tyle czasu zajmie dojechanie pod jej dom.
- Ty jej jeszcze nie widziałeś.. Nie śliń się na jej widok, proszę Cię – powiedziałem z żartobliwym uśmiechem, jednak całkiem serio bo uznać urodę Sylwii za niezwykłą to za mało. Nie doceniłbym w pełni jej wdzięku, nawet gdybym napisał, że kwitnące lilie zazdroszczą delikatności jej alabastrowej cerze a wiatr rozwiewając jej złociste włosy uśmiecha się niewidocznie mając najwspanialszą zabawę.
- Hahaha no coś Ty, mało to dobrych dupek widziałem, Ty chyba nie wiesz co po świecie chodzi. – odburknął Korni, niby to wzburzony niby rozbawiony. – ja nie wiem co po świecie chodzi – pomyślałem – przez 21 lat życia trochę się naoglądałem.. czasem myślę, że za dużo. Boże a mam widzieć jeszcze więcej, nie wiem co będzie dziś wieczorem a co przyniesie jutro?
- Otwórz schowek i nagnieć – dodał po chwili, oho.. nie wiem co przyniosą najbliższe minuty a co ja z jutrem wyskakuje... W schowku był woreczek z trawą i lufka. Miałem ochotę się zrelaksować po zajęciach, ale nie spodziewałem się tak szybkiego obrotu sytuacji. Nabicie szkła było rutynową czynnością. Krótka rozmowa o źródle tego skuna i jego zajebistym działaniu podczas wciągania kolejnych chmur dymu przerywanych kaszlem zagospodarowała większość z czasu drogi pod dom Sylwii. Wtoczyliśmy się wolno na jej osiedle już z ciężkimi powiekami, pod którymi sprawy przeciętnego Kowalskiego traciły znaczenie. Nie mieliśmy czasu na przejmowanie się przyziemnymi sprawami jak ludzie pilnujący na placu zabaw swoich pociech. Nie obchodził nas skwar, przed którym chowała się osiedlowa załoga w cieniu jednego z wieżowców. Nie interesował nas nawet pies jakiejś staruszki szarpiący za nogawkę listonosza, tylko chwilę mogło zająć moje spojrzenie w jego stronę. Staliśmy zagadani przy samochodzie nieświadomi wydarzeń, które wkrótce odmienią nasze życie.
- Napisała, że „już schodzi” 5 minut temu, co ona po schodach idzie z 8 piętra? – powiedział Korni celując kiepem w rynnę przy klatce Sylwii. Nie zdążyłem odpowiedzieć, podczas gdy lecący łukiem kiep zwiany przez wiatr skręcił wprost na drzwi klatki, z których majestatycznie wyłoniła się blond włosa piękność i w chwili kiedy skierowała na mnie swoje zniewalające błękitne oczy niedopałek przeleciał jej przed nosem upadając wprost na jej torebkę. Zdezorientowana i zaskoczona w lekkiej panice potrząsnęła rękami strącając peta na ziemię.
- Korni debilu! Przepraszam za niego – wyrwało mi się momentalnie
- To ja przepraszam, nie chciałem, chyba nic się nie stało? – wymamrotał Korni. Jedno spojrzenie na niego wystarczyło abym wiedział jak była to dla niego niezręczna sytuacja. Sam poczułem się głupio. Przecież oni pierwszy raz się widzą, a to mój najlepszy kumpel, ona mogłaby zostać moją żoną. Jak oni nawiążą ze sobą relacje po takim „wejściu smoka”? – szybka paranoja przemknęła przez moją psychikę. W tym czasie Sylwia oglądając szkodę na torbie zbliżyła się do nas.
- Dużą dziurę Ci wypalił ten nieostrożny szeryf? – spytałem zerkając na Korniego porozumiewawczo.
- W zasadzie to prawie nie widać – chciała być miła, bo ślad był wyraźnie zauważalny.
- Ten szeryf to Andrzej, ale mów do niego Korni, na to częściej reaguje. – nie zamierzałem wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery na starcie, więc wolałem darować sobie docinki, choć byłem zły na Korniego.
- Korni poznaj Sylwię – jego wzrok już krążył po jej twarzy, prawdopodobnie nie mogąc opanować podziwu jego oczy błyszczały się parę razy bardziej niż kilka sekund temu.
- Miło mi – odpowiedział Korni uściskując wyciągniętą dłoń Sylwii.
- Mi też będzie miło, jeśli postarasz się być ostrożniejszy – ciepło zabrzmiał uroczy głosik
- On jest naszym kierowcą, więc ostrożność jest wysoce wskazana - dodałem
- Ruszamy bo zgłodniałem a nad jeziorem czeka gril – ekscentrycznie zareagował Korni wsiadając do fury.
- Więc wieź panie szofer mnie i tę piękną damę nad solińską tamę – zrymowałem uchylając drzwi pasażera.
- Ryszard taxi drajwer kłania się do usług, jednak moich kompetencji nie wystarczy na takie rozmnożenie benzyny. Cel dzisiejszej wycieczki: jezioro Grabniak – podłapał nieudolnie improwizując Korni. Usiadłem z Sylwią na tylnym siedzeniu. - jak chcesz się bawić w taxi to się pobawimy – pomyślałem.
- Panie kierowco musimy się zaraz zatrzymać w jakimś sklepie, nad Grabniakiem ceny będą zbyt wywindowane w górę byśmy wraz z moją małżonką mogli sobie pozwolić choćby na małe piwo. – zarechotałem, kiedy Sylwia już ciągnęła moją kwestię: - mój małżonek ma rację, nie możemy sobie pozwolić na przepłacanie w dobie kryzysu finansowego.
- Jeżeli opłacą państwo czas postoju taksówki pod sklepem nie ma sprawy. – prawdopodobnie przypadkiem bardzo celnie skwitował ten dialog Korni

Razem z Sylwią zrobiliśmy szybkie zakupy a w zasadzie nakupiliśmy paluszków, chipsów, piwa, soku pomarańczowego i 0,7 Smirnoffa. „Alban chyba w przyszłym tygodniu będzie miał urodziny, dlatego dziś jest dobra okazja żeby coś wypić”. Przy dosiadaniu się na tylne siedzenie BMW towarzyszył nam słodki zapach gandzi, to Korni rozpalił kolejną lufę i jak tylko zamknęliśmy drzwi podał nam ją do tyłu. Wziąłem ją od niego i podałem kobiecie – tak była pełnowartościową kobietą, teraz kiedy nachyliła się do mnie uświadomiłem to sobie jeszcze dobitniej. Jej duże krągłe piersi delikatnie wyskoczyły spod wydekoltowanej bluzeczki ukazując przez chwile moim oczom różowiutki sutek, który momentalnie schował się w staniku kiedy przejęła lufkę i z uśmiechem patrząc mi w oczy przypaliła jakby nic się nie stało. Odbierając z jej rąk lufkę czułem się trochę jak bym odsuwał oset od pyska śnieżnobiałego jednorożca, ale kiedy sam skosztowałem tego co ona przed chwilą dotykała ustami miałem wrażenie, że odpływam w nieznane skąd nie chcę wracać nawet ostatnim samolotem.
- Sylwia dużo palisz? – spytał Korni wyrzucając popiół z lufki za okno samochodu.
- Okazjonalnie – dźwięczna słodka odpowiedź - w zasadzie to weekendowo, czasem ze znajomymi – dokończyła po chwili
- Więc co Cię skłoniło, aby w czwartek palić w samochodzie z prawie nieznajomymi ludźmi? – zadaje podchwytliwe pytania, lubię to, chyba nie odbierze tego negatywnie - pomyślałem
- Ty mnie skłoniłeś podając mi lufkę – prawidłowa odpowiedź
- Chyba mam dar przekonywania, nawet nie musiałem użyć słów – odpowiedziałem nieskromnie. – Wystarczył jeden uśmiech i owoc zakazany został spożyty – trochę moralizatorsko, ale nie mogłem się powstrzymać.
- Owoc zakazany smakuje najlepiej – powiedziała półszeptem namiętnie poruszając ustami, a może tylko mi się zdawało. – Poza tym Ciebie trochę już znam a Twojego kolegę mam nadzieję poznać na tej imprezie. – Spojrzała przy tym na Korniego, który odwzajemnił się patrząc na nią w lusterku.
- Po co czekać? Nie musisz mówić o sobie bo Wadiusz mi trochę opowiadał. Co chcesz wiedzieć o mnie? – spokojnie wycedził Korni nie odrywając wzroku od drogi.
- Co jesz, z kim sypiasz, czy regularnie miesiączkujesz – uprzedziłem jej odpowiedź kwitując swoją kwestię śmiechem. Sylwia też się zaśmiała i po chwili zwróciła się do Korniego:
- Co robisz na co dzień? Pracujesz gdzieś?
- Pracuje. Robię przy samochodach, wiesz mechanika, elektronika i wszystko co potrzebne aby mieć radość z jazdy na czterech kołach. Często czuję się jak lekarz, operujący jedyną ukochaną mojego klienta. – Korni wyraźnie czuł to co mówił, gładząc przy tym kierownicę swojego auta. – Czasem muszę zostać dłużej w pracy, nie raz siedzę po nocach, ale nie narzekam, kiedy zostaję sam na sam z elektroniką czuję się jak księgarz w bibliotece albo muzyk w sklepie z winylami. To jest pasja to coś więcej niż praca.
- Więc musisz być szczęśliwy, masz swoją pasję, która pracuje na Ciebie. – usłyszał odpowiedź ze ślicznych ust, do której momentalnie dopowiedziałem swoje trzy grosze:
- Gdyby był szczęśliwy nie musiałby palić trawy.
- Dzięki niej jestem jeszcze szczęśliwszy, palę bo lubię, też jarasz a gadasz jak żółtodziób. - Korni szybko zripostował, choć nie celnie. Prowokacja udana. Zasadniczy błąd „ty też to robisz” podświadome usprawiedliwianie siebie innymi. Jesteś jeszcze szczęśliwszy? A może jeszcze szczęśliwy? Każdy nałóg wyniszcza, choć na początku zdaje się, że chwyciliśmy kawałek nieba swoimi kruchymi jak piaskowiec rękami. Palę bo lubię? Przypomniały mi się nudne wywody psychologa na temat samo oszukiwania, ale odpędziłem te myśli bo przecież nie będę mulił wyjazdu, który dopiero się rozpoczął. Korzystając z chwili konsternacji Sylwia zabrała głos:
- Gandzia jest dobra do momentu kiedy mamy nad nią kontrolę, kiedy ona zaczyna nam dyktować warunki sytuacja przeradza się w klasyczny przykład syntezy prostytucji z muzyką. – obaj spojrzeliśmy się na nią ze zdziwieniem, nie do końca rozumiejąc co ma na myśli
- „Coś tu kurwa nie gra” to jest klasyczny przykład syntezy prostytucji z muzyką – wywaliła z mostu Sylwia w moje zbaraniałe oczy. Przyznam, że zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem, ale musiałem jej przyznać rację.
- Zostawmy te dragi, można o nich gadać bez końca, ale nie dziś. Teraz jedziemy się dobrze bawić – powiedziałem otwierając zimnego Lecha zapalniczką.
- Korni czy Ty między swoją pasją a relaksem ze znajomymi masz czas na miłość? – wypaliła niespodziewanie Sylwia.
- Tak, mam na nią mnóstwo czasu, tylko ona nie ma go dla mnie. – zaśmiał się – Wychodzę z założenia, że prawdziwej miłości nie trzeba szukać, ona sama Cię znajdzie – znów się zaśmiał – A tak serio, mam dopiero 20 lat, jeszcze jest na to czas. NHPF bejbi
- Co to znaczy? – zapytała zaciekawiona
- Najpierw hajs potem foki, bejbi – odpowiedział Korni z gromkim śmiechem
- Przynajmniej szczerze – trochę zgaszona tą odpowiedzią Sylwia – Ja mam nie całe 19 lat i miałam już kilku chłopaków, niestety żaden nie okazał się tym jedynym. Ale masz dziwne podejście, niby przystojny facet, szczupły, wysoki, okularki nadają Ci powagi, masz dobrą pracę, dziewczyny powinny ustawiać się w kolejce do Ciebie.
- No i się ustawiają, czasem nie nadążam naprawiać ich usterek. – brzmiała ironiczna odpowiedź.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Widzę, że nie chcesz ciągnąć tego tematu. – wzruszyła ramionami Sylwia.
- Ja z przyjemnością porozmawiam z Tobą o miłości – szepnąłem jej do ucha przytulając się do niej nieznacznie.
- Chyba jeszcze nie pora na takie rozmowy – odpowiedziała również szeptem patrząc mi w oczy.
- Co tam szeptacie? W moim samochodzie nie ma przede mną tajemnic. – Błyskawicznie zareagował Korni
- To tajemnica służbowa, musiałbym Cię zabić jakbyś ją poznał – odparłem spokojnie
- Wadiusz, ty gangsterze – ze śmiechem powiedział Korni. Gangsterze? Śmiech? Kto to jest gangster? – moje myśli wyprzedziły mój język – Czy gangsterem jest ten, który łamie prawo, aby według swoich zasad żyć w świecie i zarabiać nielegalne pieniądze? Więc jestem gangsterem: handel trawą i okazjonalne rozprowadzanie innego syfu w zależności od okoliczności, drobne kradzieże, awantury z chamami bez zasad. Czy to już przeszłość? Jestem nawróconym gangsterem? Ciężko lekko żyć...
- „Jebać system w tym jestem mistrzem” – te słowa wyssałem z mlekiem matki.
Korni podkręcił volume w sprzęcie bo dobry bas pojawił się w głośnikach „Idziemy pod prąd bo to zapisane w gwiazdach nam. Ty nie masz nic, nie masz z nami szans, tylko tracisz czas” Tak zasłuchany w dobre brzmienie zastanawiałem się czy faktycznie idziemy pod prąd, przecież większość młodych ludzi żyje dziś podobnie do nas. Zabawa, znajomi, obowiązki gdzieś na końcu, szkoła – papier i tak do pracy po znajomości się załapiesz. Pod prąd czemu? Komu? Ale po co? Kiedyś byliśmy elitarni bo było nas mało, dziś każdy taki, wyznaczamy trendy? Nie my... My tylko przetarliśmy szlaki. Dziś małolaty chcą być jak my, ale czy my chcemy być tym kim jesteśmy? Dziś jesteśmy tymi ludźmi przed którymi ostrzegali nas rodzice, ale czy ich ostrzegają?

Te i inne pytania kłębiły się pod moją czaszką kiedy Korni wypowiedział znamienite słowa:
- Nie zgadniesz w co chłopaki mnie zaopatrzyli. Tajfun to jest mega wykop!
- Tanie gówno z dopalaczy kropione jakimś syfem, ja tego nie jaram – skwitowałem po chwili. Sylwia spojrzała na mnie z grymasem – A ja bym spróbowała. Znajomy palił i ponoć czuł się jak na pierwszej masie.- po czym puściła mi oczko. Ona sama nie wie czego chce pomyślałem. Zrozum kobietę. One nigdy nie wiedzą czego chcą ale i tak nie spoczną póki celu nie osiągną. Nie powie Ci wprost o co jej chodzi bo domyśl się a z domysłów to same bajki wychodzą jak ta książka, która jest dobrą kołysanką do snu dla zmęczonego umysłu. Te rozmyślania mogłyby mi towarzyszyć aż do przyjazdu nad Grabniak, gdyby nie Korni podający mi rozpaloną armatę:
- Łap chmurę! – czułem śmierdzący dym
- Jak to śmierdzi ! Nie pale tego syfu, trawa ma przynajmniej dobry smak. – wyrzuciłem z siebie po tym jak złapałem chmurę... Następnie dałem Sylwii, która niezwykle ucieszona tym faktem z uśmiechem na buźce ściągnęła olbrzymiego buszka. Dalej palili we 2 a i tak udało im się podołać tylko 2 korkom. Po których Andrzej ej.kej.ej Korni stwierdził, że po rzekach to on jeszcze nie jeździł co wywołało powszechną panikę śmiechu, którego ani mnie ani Sylwii nie udało się opanować aż do momentu kiedy Korni z dumą oświadczył, że to przecież taki długi most nad Loarą. Ten moment był dla mnie chwilą grozy. Byłem już pewien, że mamy naćpanego kierowcę a wcale nie mało kilometrów nam zostało nad jezioro.
- Korni co wy jaracie? – niemal wykrzyczałem.
Korni zastanowił się chwilę, po czym z lekkim strachem w głosie oznajmił, że to jednak Szałwia i musiał pomylić woreczki. To brzmiało jak wyrok. 30 % ekstrakt szałwi zmielony z liśćmi dostał się do ich mózgu pod pozorem przyjęcia lekkiej chmury z szajsowych dopalaczy. Ten narkotyk okazał się sprytniejszy od nich. Dostał się do ich krwioobiegu i przejął nad nimi kontrolę. Sylwia!!! Co ona robi? Ja też, ja też to paliłem? No tak...
- Dlaczego tak musi być? – płacz obudził mnie z letargu. Spojrzałem na Sylwię, która lekko przygarbiona pochylona nad ręką szlochała przeciągle. Drugą ręką zbierała niewidoczne dla mnie paznokcie z podłogi i swoich nóg aby je przykleić do palców. Przytuliłem ją do siebie czule. Wiedziałem, że oni potrzebują teraz mojej opieki. Właściwie ja też potrzebuje ich opieki. Najmniej spaliłem, jednak oni muszą się opiekować mną to ja zaopiekuje się nimi, co mi się włącza?! Przecież Korni w tym stanie kieruje! Nie mogę zostawić tu Sylwii samej, ale nie mogę mu pozwolić nas zabić!
- Korni stój! – krzyknąłem mu do ucha, widocznie trochę za głośno bo nie minęła chwila kiedy przeleciałem między siedzeniami wprost na skrzynie i ręczny, który wbił mi się w plecy, zostawiając piekące znamię. Pobił chyba rekord odległości hamowania przy 70kmh. Dobrze, że to była akurat jakaś wioska bo prędkościomierz mógł wskazywać więcej a nieopatrznie mógłbym się znaleźć na masce. Powstałem z tej pozycji w krótką chwilę na przednie siedzenie pasażera.
- Żyjesz? Ziomek co z Tobą? – Próbowałem złapać kontakt
- Dlaczego ten kefir jest akurat niebieski? – Zdziwiony zapytał Korni
- Możesz prowadzić? – Zapytałem krótko i rzeczowo. Tak lubimy załatwiać sprawy w XXI wieku szybko i na temat.
- Rozumiesz to, że ja widzę jak kefir płynie po szybie i nie widzę drogi – jakby wysapał Korni włączając wycieraczki.
- Musimy się zamienić miejscami ziomek, natychmiast. Rozpoczynasz wycieczkę z szoferem.
Korni lekko podekscytowany wysiadł z samochodu i dokonaliśmy swoistej roszady śmiejąc się z siebie po pachy. (*Co ja wypisuje w tych książkach – powinni tego zabronić)
Po szybkim zapoznaniu z nową zabawką poderwałem go na tylne koła poczym miękko wylądowałem dając ostro długą. Tak przynajmniej wyglądało to z relacji Korniego. Chciał żebym go nauczył takich trików, jednak zachowując zimną krew zmuszony byłem przekonać go o nieautentyczności tamtych wydarzeń. Na co lekko zdziwiony wzruszył ramionami mówiąc, że i tak dobrze że mi nie powiedział co zrobiłem po tych 2 śrubach bo zdawało mu się to z lekka nieprawdopodobne. Sylwia!!! Ostrożnie zwolniłem i odwróciłem do niej aby ujrzeć ją siedzącą obok okna wpatrzoną w niebo. Uff.. Mogę być narazie o nią spokojny. Dobrze, że jesteśmy już blisko.
Link 27.08.2010 :: 19:34 Komentuj (0)

"Brudna rzeczywistość, reklamy, szajs
jakieś pędzą chamy by na loterii coś trafić
potem to zapić by choć troche było słodko
nie chcę Cię martwić, choć życie też mnie zawiodło
śmieje się w twarz światu jak voluntas tua
ufam bratu, kocham czuć, nie chowam się w wymówkach
toksyny tkwią w kłótniach, je wylewam jak do ścieku
chociaż czasem tak ciężko myśleć z szacunkiem o człowieku
myśle o sobie - własne sumienie kopie
w końcu przestanie nawet gdy w krwi się utopię
rodziłem się we krwi sumienie chce mnie oswoić
jak kowal stal, jak feniks nowym w ogniu się rodzić"
(Eldo - Dlaczego siedzisz do północy)
Oto system co sztukę uczynił popytu chłamem
Link 17.07.2010 :: 17:50 Komentuj (1)

"widzę ludzkie mózgi sine jak morze
wyprane niezawodnie, odwirowane
w hipokryzji zamęt
na kolorowych kapitalizmu sznurkach
jak majtki powywieszane..
oto kolejny system, który bez litości zgrabnie kradnie tożsamość i osobowości.."
(L.U.C - Kręta ścieżka której nie wciąga się nosem)

"Hipnozy czary mary, czuć forsy opary
króluje tajne bractwo łowców ludzkiej wiary
czary mary Wielki Brat ma nieczyste zamiary
bo nad nim koncerny to już państwa stany..
Byli królowie i demokracji gmary
nadchodzi korporacji oligaryzm.."
(L.U.C - w kinie)

"Czasem wierze, że jeszcze wszystko mogę zmienić
plastelinę spraw polepić tak by wszyscy byli zadowoleni
przewinąć czas jak na video-fimie
i cofnąć nas do edenu szkolnych korzeni
choćby na krótką przerwę...
Czasem wierzę, że jeszcze ten świat mogę zmienić
chwycić wasze dusze i je ze szczęściem ożenić
siłą Słońca promieni dodać lepszych odcieni
czasem wierze, że jeszcze to wszystko mogę zmienić"
(L.U.C - Rezim Pana Cykacza)